"Boso, ale na rowerze" to zaskakująca i oryginalna kombinacja tragikomicznego romansu, czarnego humoru i zimnego cynizmu, połączonego z klimatem muzyki Roya Orbisona. Wiele scen ma charakter komiczny, a nawet absurdalny, ale wszystko podszyte jest tu głębszym znaczeniem. To nie tylko czysty sarkazm, ale raczej tragikomiczna radość przez łzy. Strobbowie to głównie hazardziści, pijacy i kobieciarze, żyjący w atmosferze błogiego lenistwa, nieróbstwa, kłótni, a przede wszystkim zakrapianej alkoholem wyśmienitej i szalonej zabawy. Absurdalne pomysły są tu na porządku dziennym, a im bardziej szalone, tym lepiej, bo wszyscy realizują je z większym zapałem. Trzynastoletni Gunther Strobbe mieszka w domu swojej babci z ojcem, listonoszem i trzema stryjami. Codziennie w otoczeniu chłopca odbywają się szalone popijawy, bezwstydne ekscesy z kobietami i niekończące się próżniacze życie... Wydaje się prawdopodobne, że Gunthera czeka taki sam, "męski" los. Chyba, że uda mu się stamtąd uciec. Czarna komedia pokazująca małomiasteczkowe życie pełne plotek, z nadal obowiązującym podziałem klasowym. Atutem filmu jest chwytające za serce aktorstwo młodego Kennetha Vanbaedena, Koena De Graeve'a obsadzonego w roli ojca, i aktorki teatralnej Gildy De Bal grającej babcię, która ma "serce większe niż emeryturę".