Wielkie w człowieku jest dążenie do całości. Jest to dążenie do kresu, czyli do celu w każdej rzeczy. Rzecz objawia nam się jako całość, gdy widzimy jej cel - gdy wiemy, do czego jest dobra. Jeśli celu nie dostrzegamy na zewnątrz siebie, to szukamy go w środku - i znajdujemy, choćby miało nim być pojednanie z zewnętrzną bezcelowością. Jeśli jednak "w środku" też nie ma celu - a nawet nie ma żadnego stabilnego "środka" - celem okazać się może zadanie unicestwienia przenikającego człowieczeństwo pragnienia celu ("lepiej chcieć nic, niż nic nie chcieć" - wielkie odkrycie Nietzschego).Cel zatem, czyli całość, wiąże się z chceniem (lub niechceniem) - z nieobojętnym stosunkiem do istnienia. Istnienie nieobojętne to tyle co "życie". W tym sensie każda całość jest bio-logiczna, żywo-słowna (a każda bio-logia teleologiczna). To, co bezcelowe, jawi nam się jako niekompletne, wydaje się kawałkiem jakiejś jeszcze (albo już) nam się wymykającej, żywej całości. Czymś martwym, jak ruiny i szczątki. Tylko martwe fragmenty zewnętrznych, niepojętych całości kończą się bez celu (czy raczej urywają się, jakby w pół słowa). Ale biada nam, jeśli to człowiek jest kresem. W takim razie świat już jest martwy.