Reżyser Majestic, Frank Darabont, urodził się we Francji, ale wkrótce potem wraz z rodziną przeniósł się do Chicago. Z wyglądu przypomina tenisistę Andre Agassiego. Zaczynał od posady scenarzysty piszącego straszne opowieści. To on wraz z Wesem Cravenem współtworzył skrypt do trzeciej części horroru Koszmar z ulicy Wiązów. Następnie, już samodzielnie napisał scenariusz do znakomitego remake’u filmu SF z lat pięćdziesiątych Plazma. Pokazał się jako zjadliwy ironista, potrafiący przyłączyć się do panującej w latach osiemdziesiątych tendencji parodiowania klasycznych horrorów i filmów science fiction. W 1994 roku Darabont zrobił coś, czego chyba się nikt po nim nie spodziewał. Wyreżyserowani przez niego Skazani na Shawshank byli głównym kontrkandydatem Forresta Gumpa w wyścigu po Oscary, Choć przegrali ten wyścig, publiczność pokochała film. Do dziś w internetowych plebiscytach Skazani na Shawshank lokują się w czołówkach. Udało się Darabontowi coś niesamowitego – zrobienie dramatu więziennego, w którym samo więzienie pozostawało na drugim planie. Liczyły się magiczne relacje pomiędzy współwięźniami, którzy nie rozmawiali o tym, jak uciec, lecz o życiu i marzeniach. Sukces nie uderzył Darabontowi do głowy. Pozostał ironiczny. Powiada: „Ci, którym się powiodło przypominają gości ze starych filmów bokserskich wytwórni Warner Brothers. Są zbyt głupi, żeby się przewrócić, więc zataczając się po ringu robią z siebie widowisko”. Podobnie jak tacy reżyserzy, jak Francis Ford Coppola czy Abel Ferrara zaczął od horroru, by następnie przenieść się do hollywoodzkiego mainstreamu. Są lata pięćdziesiąte. Młody, ambitny scenarzysta traci pracę, a w wyniku wypadku samochodowego również pamięć. Pojawiając się w małym miasteczku w Kaliforni omyłkowo zostaje wzięty za Luka Trimble'a, mężczyznę, który zaginął podczas II wojny światowej.