Mark, były żandarm wojskowy, a obecnie detektyw otrzymuje niewdzięczne zadanie poprowadzenia sprawę morderstwa swojej byłej partnerki. Problem w tym, że była ona podwładną pułkownika, z którym nasz bohater pokłócił się odchodząc z armii. Nietrudno zgadnąć, że początki dochodzenia są dość trudne. Obaj adwersarze kipią ambicją, obaj starają się jak mogą, by uprzykrzać sobie nawzajem życie. Ale, że rolę szefa żandarmerii odgrywa nie kto inny jak Sean Connery, od początku czujemy, że sytuacja wkrótce się zmieni. I nie przeszkadza nam tkwić w tym przekonaniu drobna komplikacja w postaci rozkwitającego w cieniu całej sprawy romansu pomiędzy Markiem, a córką pułkownika, Donną Caldwell. W roli tej oglądamy młodziutką (co zresztą do dziś dnia się nie zmieniło) Meg Ryan. Ani ona, ani żaden z reszty aktorów nie może zaliczyć tego filmu do „dzieł swojego życia”. Sean Connery zagrał w wielu o niebo ciekawszych filmach, Meg Ryan, dla której The Presidio był trzecim znaczącym filmem w karierze, zdążyła od tego czasu dostać się do pierwszej setki najbardziej cenionych aktorów filmowych w historii (wg magazynu „Empire”) i tylko grający Marka, Klipatrick jakoś nie miał szczęścia – jakieś Małolaty Ninja i na domiar złego część druga, czy trzecioplanowa rola w Cena za życie, westernie z Tomem Selleckiem – to wszystko na co może liczyć. Presidio da się oglądać tylko i wyłącznie pod warunkiem, że nie widziało się wcześniej np. Zapachu kobiety. Jest to produkcja utrzymana w tym samym stylu, tylko daleko bardziej przewidywalna. Ot, kipiąca pogodą i momentami inteligentnym humorem opowieść o tym, że mężczyzna dojrzeć może nawet mając trzydziestkę na karku. Wystarczy tylko, że spotka wielką osobowość na swojej drodze życia. A Sean Connery taką osobowość wykreować potrafi, oj potrafi. I może dlatego i dla Meg, oczywiście warto poświęcić trochę czasu na tę ramotkę w stylu pozytywnych romansów z morałem z lat 50.